RSS
czwartek, 23 grudnia 2010
Ogrzane serducho

Kochani, wiem, W I E M...

ale....z okazji Świąt nie będziecie na mnie krzyczeć, prawda?:)

Musiałam nabrać oddechu. Musiałam trochę odpocząć od wspomnień. Dlatego znikłam. Nie opuściłam bloga, zrobiłam sobie jedynie przerwę na poukładanie życia. Co więcej, musiałam przeprowadzić małą rekonwalescencję własnej psychiki. Trochę ("trochę" heh...dały mi te 3 lata w kość).

Nie mogę uwierzyć, że to minął rok! Że rok temu z hakiem założyłam bloga, że wtedy jeszcze było tyle niepewności, a teraz...teraz czekam na święta spokojnie i moje życie obróciło się o 180 stopni. I to jak pozytywnie!

Gdyby zerknąć rok wstecz....Nie, nie chcę zerkać. To było, minęło. Choć zawsze będzie częścią mnie, to chcę iść do przodu.

Chciałabym Wam powiedzieć, że jestem szczęśliwa :) Że...jak inni ludzie robię plany zawodowe, przymierzam się do prawa jazdy, że zaczynam znowu mieć marzenia, że....że zakochałam się! Tak! Gdyby zapytać mnie parę miesięcy wcześniej, powiedziałabym, że to niemożliwe, że się wypaliłam. Nieprawda! Spotkałam Kogoś, kto przeczytał bloga i nie odszedł, Kogoś Kto dba i Kogo obecność czuję każdego dnia.

Uhh....wołają z kuchni - przygotowań świątecznych część dalsza ;)

Tak więc na te święta, dla Was moje Troskliwe Misie, mnóstwo rodzinnego ciepła, jak przystało na ten czas - solidnego byczenia się nad stołem pełnym dobroci i Mikołaja, co przyniesie taki worek prezentów, że przez komin nie będzie mógł przejść :D WESOŁYCH ŚWIĄT !!

PS. Dzwoniła mama od Ż. Tego się nie da opisać. Wiedziała kim jestem, z opowiadań Ż. Wielokrotnie sama próbowała się ze mną skontaktować, ale nie potrafiła zdobyć namiarów. Potraktowała mnie jak córkę...tyle było w niej ciepła i pozytywnego do mnie nastawienia, pomimo, że Ż. odeszła....Gdy zrobi się ciepło, mamy razem pojechać na jej grób...

Ż. dla Ciebie również....niebiańskich świąt....

21:24, belinda85
Link Komentarze (8) »
środa, 13 października 2010
Odnalezione, co zagubione

W ramach po białaczkowych porządków duszy nareszcie zdobyłam się na odwagę, aby odnaleźć pewien adres...

Zajęło mi to dwa lata. Wcześniej nie miałam siły, aby powracać do Tamtej sprawy, choć siedziała i siedzi we mnie jak opiłek w palcu. Znacie to uczucie, prawda? Uwiera i ostatecznie trzeba wydłubać, mam rację?

Ja Tą sprawę zakopałam gdzieś w zakamarkach mej duszy i starałam się do niej nie sięgać. Chyba, że przychodziły takie dni jak rocznica jej śmierci...

Zapewne to jest ten moment, kiedy sytuacja staje się dla Was klarowniejsza, kiedy zaczynacie przypominać sobie coś z mojego bloga.

Tak, znalazłam ją. Znalazłam Ż.

Nie macie pojęcia jak trudno pisać do osób, które ona opuściła, do jej bliskich. To jak wtargnięcie w ich świat, świat blizn, niezagojonych ran i bólu.

Długo walczyłam sama ze sobą zastanawiając się czy dobrze robię. Nie miałam jednak wyjścia, nie chciałam prosić o pomoc sióstr, bo bałam się, że coś przy tym może pójść nie tak, że kogoś zaboli...

Zabolało pewnie i tak, to była cena tej wiadomości. Napisałam do jej chłopaka. To była miłość. Prawdziwa. To głupie powiecie, ale...zazdrościłam jej tej miłości. Była bardziej chora ode mnie, ale znała ten smak bycia kochaną i kochała najmocniej na świecie. Ja wiem tylko co znaczy kochać, ale do dzisiaj nie przekonałam się jak to by było gdyby ktoś kochał mnie bezgranicznie. Bardzo mi tego brakuje, nie pozwala żyć pełnią życia, bo tęsknię za takim stanem rzeczy, za bezpieczeństwem. Ciągle mam tylko niepewność i strach.

Jej chłopak....do dzisiaj wyrzuca sobie, że nie było go Tamtej nocy. I nie powinien być. Ja zostałam przymusowym uczestnikiem Tamtych zdarzeń, a do dziś wiele bym oddała, aby wtedy być w domu, nie w klinice. Najważniejsze dla niego, aby zapamiętał wszystkie te wspaniałe chwile, które spędzili razem. Ta noc mogłaby rozedrzeć mu serce. Tak jak zrobiła to mnie....

Niestety nie był w stanie podać mi adresu cmentarza, skierował do jej matki. Siedziałam z komórką w ręku i nie miałam żadnego sensownego pomysłu jak mogłabym sformułować tą wiadomość. Z której strony by nie patrzeć, była ona brutalna i powodowała powrót do zapewne najcięższych wspomnień. Ułożyłam najlżej jak się dało, ale....no cóż, nie dostałam odpowiedzi. Widać nie była w stanie odpowiedzieć mi na moje pytanie, za bardzo ukuło ją to, że ja żyję, a ona....

Miejsce jej spoczywania zdobyłam pokątnie. Przez jej znajomych, którzy nie byli bezpośrednio zaangażowani w sprawę. Pomyślałam, że mogłam zrobić tak od razu, nie poruszając najbardziej bolesnych strun.

Ż. wybieram się do Ciebie. Przepraszam, że to trwało tak długo. Nie mogłam....

Do teraz nie wiem co się ze mną stanie, kiedy uklęknę przy Twoim grobie, ale muszę się z Tobą pożegnać, muszę spróbować pójść dalej. Pozwolisz mi, prawda?

15:33, belinda85
Link Komentarze (2) »
środa, 06 października 2010
W Oskarowym świecie

Długo zbierałam się, zanim sięgnęłam po tę książkę, po Oskarowy świat.

"Oskar i Pani Róża" stał się dla mnie czymś bardzo bliskim. Znajomi przeczytali już jakiś czas temu, dyskutowali na jej temat, a ja nie byłam gotowa, musiałam dojrzeć. Bałam się własnej reakcji, bałam się załamania, powrotu wspomnień, gwałtownych emocji, z którymi nie będę potrafiła sobie poradzić.

Właściwy moment przyszedł w poniedziałek. Moment oczyszczenia złych emocji, które ciągle gromadzą się we mnie, a ja nie potrafię dać im ujścia. Pisząc o niej tutaj, na blogu, nie mam na celu zaglębiać się czy są lepiej napisane książki traktujące o chorobie, czy to tani semtymentalizm i książka bez głębi. Zadomowiła się w moim sercu, bo temat mi bliski, wspomnienia nadal żywe. Momentami czułam się tak, jakby Oskar wymawiał głośno także i moje myśli....

Kim jest Oskar? Jest białaczkowym bohaterem. Ma 10 lat i nieudany przeszczep szpiku za sobą. W szpitalu, który (podobnie jak ja kiedyś) nazywa domem, czuje się jak intruz. Odczuwa, że wszystkich rozczarował. Lekarzy, pielęgniarki. Chemia nie zadziałała, przeszczep zakończył się fiaskiem. Swojego lekarza nazywa zafrasowanym Świętym Mikołajem, któremu skończyły się prezenty. Ileż razy to widziałam. Ludzi, którzy nie mieli szans, którzy z racji tego, że nic się juz nie dało zrobić, stawali się zbędnym balastem, takim, że nawet lekarze już nie byli w stanie tego ukryć. Oskar jest przeszkodą dla rozwijającej się medycyny. Nikt nie lubi, kiedy sytuacja się komplikuje i brakuje rozwiązań.

W ostatnich 12 dniach życia towarzyszy mu Pani Róża. Starsza kobieta, wolontariuszka, przybrana przez Oskara ciocia. To ona przekonuje go, aby każdy dzień traktował jak 10 lat. W ten sposób Oskar "dożywa" starości. Przechodząc przez kolejne dziesiątki swojego życia doświadcza wszystkich typowych dla poszczególnych etapów emocji. Poszukuje Boga, Jego wsparcia. Rodzi się w nim uczucie do koleżanki ze szpitalnego pokoju obok, poznaje miłość. "Dzisiaj rano, o ósmej, powiedziałem Peggy Blue, że kocham ją, tylko ją i że nie wyobrażam sobie życia bez niej. Wtedy, ciekawa rzecz, zaczęliśmy oboje płakać, ale to było bardzo przyjemne. Fajne jest życie we dwoje."

"Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebuję pomocy. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jestem chory. Zrozumiałem to dopiero, kiedy pomyślałem, że więcej nie zobaczę cioci Róży, i teraz to wszystko wypływało ze mnie łzami, które paliły mi policzki." Kiedy ja zdałam sobię sprawę jak bardzo jestem chora? Wtedy, kiedy nie pozwolili moim rodzicom mnie odwiedzić, kiedy siostry wchodziły do mnie w maskach i kiedy nie wolno było nikomu mnie dotknąć, porozmawiać ze mną....

Oskar nienawidzi swoich rodziców, nienawidzi ich za tchórzostwo. "- Boją się mnie. Boją się ze mną rozmawiać. A im bardziej się boją, tym bardziej mam wrażenie, że jestem potworem. Dlaczego ich tak przerażam? Jestem aż taki brzydki? Śmierdzę? Kompletnie zidiociałem?- Nie boją się ciebie, Oskarze. Boją się choroby.- Choroba jest częścią mnie. Nie muszą zachowywać się inaczej, dlatego że jestem chory, chyba że mogą kochać tylko zdrowego Oskara?- Kochają cię, Oskarze. Powiedzieli mi to." Choroba syna tak bardzo ich sparaliżowała, że zatracili zdolność porozumiewania się ze swoim dzieckiem. Jednak jedno słowo "kocham", może całkiem odmienić bieg wydarzeń. Niestety, moi rodzice również się na nie nie zdobyli. "Odkąd jestem na stałe w szpitalu, moim rodzicom jakoś nie idą rozmowy; więc przywożą mi prezenty i spędzamy beznadziejne popołudnia na czytaniu reguł gry i instrukcji. Ojciec jest nieustraszony: nawet kiedy napisane są po turecku albo po japońsku, nie traci ducha, skupia się na rysunkach. Jest mistrzem świata w zatruwaniu niedzielnego popołudnia." Czysta desperacja, chwytanie się ostatniej deski ratunku, by zająć myśli swoje i dziecka. Moi rodzice nie potrafili tak udawać. Wszystko mieli wypisane na twarzy, a to co w niej czytałam, bolało mnie bardziej niż własna choroba. To jakaś norma, że to osoby chore pocieszają swoich bliskich, że lepiej radzą sobie ze świadomością. Tylko gdy one odejdą - bliscy zostają z bólem, którego nie da się zakopać i zapomnieć. Rola rodzica patrzącego jak jego dziecko gaśnie - najtrudniejsza rola na deskach teatrów świata...

Oskar nie zna Boga i niechętnie chce go poznać. "- Czemu twój Pan Bóg, ciociu, pozwala, żeby istnieli tacy ludzie jak ja? - Całe szczęście, że powołuje was do życia, Oskarku, bo bez was świat nie byłby taki piękny.- Nie. Nie rozumiesz. Dlaczego Pan Bóg pozwala, żebyśmy byli chorzy? Albo jest zły, albo nie jest aż taki mocny." No właśnie, dlaczego pozwala, skoro mówią, że jest Miłością? Ile razy chciałam Mu wykrzyczeć dlaczego mi to zrobił? dlaczego ciągle kładzie mi w życiu kłody pod nogi i nie pozwala, żebym była szczęśliwa? No Dlaczego?! To jakaś zemsta, misternie obmyślony plan wykończenia? To już nawet nie jest śmieszne!
"To kwestia wprawy, powiedziała mi ciocia Róża, im więcej dostajesz po buzi, tym więcej możesz wytrzymać. Nie wolno tracić nadziei." Niestety - ja wytrzymuję coraz mniej, nie sprawdza się.

Jednak ciocia Róża wie, że tylko wiara może przygotować chłopca na śmierć. "Ludzie boją się umierać, bo odczuwają lęk przed nieznanym. Ale właśnie, co to jest nieznane? Proponuję ci, Oskarze, żebyś się nie bał, żebyś był ufny. Spójrz na twarz Pana Boga na krzyżu: znosi cierpienie fizyczne, ale nie cierpi duchowo, bo ufa. I nawet gwoździe już mu tak nie doskwierają. Powtarza sobie: boli mnie, ale nie ma w tym nic złego. To są korzyści, które przynosi wiara." Czy naprawdę wierząc człowiek mniej boi się śmierci? Ja śmierci będę bała sie zawsze. Pogodzić się z nią mogłabym jedynie wtedy, gdyby ból pokonał moją chęć życia. Innej opcji nie ma. Dobrze jednak w chwili śmierci mieć kogoś, mieć wiarę w Boga, która przeprowadza przez tą chwilę.

To chyba dobry moment, żeby wyznać, że mimo wszystko całkiem nieźle radziłam sobie z cierpieniem fizycznym. Natomiast cierpienie duchowe odczuwałam i odczuwam nadal, z różnego powodu, a ono jest jak sączący się jad, który zabija radość dnia. I raz poznane, depcze po piętach przez długi czas. Jak się od niego uwolnić?

Oskar umiera, ale pozostawia nam coś do przemyślenia. "Zrozumiałem, że jesteś obok.(Bóg) Że zdradzasz mi swój sekret: codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy."

Może 2 h trwało, nim Twoja opowieść dobiegła końca. Pokochałam Ciebie bardzo, bo "Ty, Oskarku, masz drobne kości i niezbyt dużo mięśni, to fakt, ale urok to nie tylko sylwetka i mięśnie, to także zalety serca. A tych masz w sobie pełno."

„Tylko Bóg ma prawo mnie obudzić”. Tak, tylko Bóg ma prawo Ciebie obudzić...

21:24, belinda85
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 września 2010
W odpowiedzi na apel

Któż to się znowu pojawił? :)

A Wy, jesteście jeszcze? :) Mam cichą nadzieję, że tak...

Paweł zaapelował o mój powrót na bloga - oto jestem :) Eh, powiem Wam Kochane Ludki, że nastał ciężki okres przejściowy w moim życiu. Nie chciałam Was zanudzać moimi problemami, bo już się ich sporo naczytaliście. Chciałam napisać Wam notkę pęłną radości, tryskającą entuzjazmem. A jedyne co mam Wam do zaoferowania, to zwykłe jęczenie. Niestety.

Czasem jest tak, że potrafimy sobie poradzić z problemami dużej wagi, a te mniejsze, życiowe nas przerastają. Tak jest właśnie w moim przypadku. Psychiatra przestrzegał mnie przed tym. Teraz wiem, że miał rację...

Nawet nie wiem od czego się zaczęło. Przełomem było odstawienie leków antydepresyjnych, które zażywałam podczas mojej białaczkowej "przygody", tak aby całkiem nie zwariować. Wtedy właśnie spadły "różowe okulary" i zobaczyłam rzeczywistość, tą prawdziwą, którą przez 2 lata brania leków widziałam nieco zniekształconą. Zaczęły się lekkie halucynacje, przejaskrawienie kolorów i okropna huśtawka nastrojów.

Znajomi zaczęli oczekiwać, abym stała się taka jak przed chorobą, abym była ich maskotką, napędzała ich do śmiechu. A czy pomyśleli, że ja już taka być nie potrafię? Że sie zmieniłam? Że pewne przeżycia sprawiają, że nie jest się już tym samym człowiekiem ze względu na bagaż doświadczeń, na przeżyty ból? Ciężko mi na duszy, że nie potrafią zaakceptować mnie nowej. Wkrótce będę musiała przed nimi udawać, śmiać się na siłę. Niezrozumiana, nieakcpetowana, czuję tylko rosnące rozdrażnienie i izoluję się coraz bardziej, wybieram własne towarzystwo. Być może na tą chwilę tego właśnie potrzebuję - alienacji. Ale nie zapomnienia....

Praca - miała być powrotem do normalnego życia, naturalnym krokiem, który nadszedł po uzyskaniu tytułu mgr. A jest? Okropnie stresująca, szalona i czasem nie wiem czego się po niej spodziewać. Jak się więc domyślacie: humor mi się w ten sposób nie poprawia...

Lecz najbardziej zaskakujące jest to, co dla ludzi jest ważne. Spotkałam ostatnio kolegę z dawnej pracy. Przepełniona radością z wygranej, podzieliłam się z nim tą nowiną. I co usłyszałam? "Bardzo się cieszę, ale....no nabrałaś sporo ciała". Aha....no tak, to jest przecież najważniejsze.

Właśnie pomalowałam sobie paznokcie. Na czerwono. Krwisty czerwony. Może zagłuszy mój wewnętrzny krzyk. Jednak najbardziej chciałabym się przytulić....do bijącego serca....

19:06, belinda85
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 września 2010
Dziwność nad dziwnościami

Przyglądam się pewnej sprawie, o której zrobiło się głośno w mediach ostatnimi czasy.

Dlaczego głośno?

Dlatego, że sprawa ta bardzo blisko dotknęła pewną medialna osobę. A osoba medialna ma dojście, ma możliwość, aby ogłosić to całej Polsce.

Czytam artykuły o podziękowaniach lekarzy, o zwiększonej ilości osób, które zgłosiły się w chęci oddania szpiku.

I myślę o tych wszystkich, których zostawiłam w klinice. O tak zwanych szaraczkach, których bliscy giną w tłumie, którzy nie są nikim znanym, którzy nie mogą apelować do całej Polski, aby dla ich rodziny/narzeczonego/narzeczonej/chłopaka/dziewczyny ludzie zgłaszali się na dawców szpiku.

Mętlik myśli, mętlik emocji.

Z jednej strony fantastycznie, że teraz ludzie mają większą świadomość sprawy, że dzięki nagłośnieniu zwiększają się szanse pozyskania nowego szpiku dla tych wszystkich, którzy czekają w klinikach i tylko ta nadzieja trzyma ich przy życiu.

Ale z drugiej strony ciągle kołacze jedna myśl: niesprawiedliwość.

Czy gdyby bliski medialnej osoby nie zachorował, też zajęłaby się dramatem tysięcy ludzi? Czy inni medialni również włączyliby się w akcję?

Takich ludzi jest bardzo dużo. Tysiące nieznanych ludzkich nieszczęść. Ale musiało się zdarzyć jedno znane nieszczęście, aby poruszyć czyjeś serca.

Wybaczcie mi zgryźliwość, ale ja ich znałam. Znałam tych nieznanych. Niektórzy nie doczekali momentu znalezienia dawcy. Nie miał im kto pomóc go znaleźć....Obecne możliwości, które się otworzyły już są dla nich zbyt późną szansą...

Dlaczego tak późno? Dlaczego system zdrowotny w kwestii informacyjnej choruje razem z pacjentami? Dlaczego panuje tak bolesna nieświadomość? Dlaczego nikt wcześniej nie zajął się uświadamianiem ludzi na szeroką skalę?

To boli i boleć będzie.

Może chociaż teraz uda się uratować część z tych, którzy otrzymali wiadomość o białaczce. I tych....którzy ją jeszcze....otrzymają....Wszystkim tym towarzyszom byłej niedoli życzę szczęścia.

18:55, belinda85
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 września 2010
Siłaczka

Wiadomość o zakończeniu chemioterapii przywitałam jak to przystało na mnie - przeziębieniem ;)

Tak więc teraz cieszę się z tej wiadomości z zatkanym nosem i szwankującą fonią ;)

Nauczyłam się nie planować, żyć dniem obecnym, a dzień obecny zawiera szczęśliwe wiadomości i tego trzymać się trzeba! Mieć nadzieję i nie przywoływać złych myśli. A jak będzie? - Będzie dobrze!

Znajomi świętują :) Dla nich to mega wiadomość - komuś, kogo chyba choć trochę lubią [;)] udało się zwyciężyć z białaczką, podczas gdy gdzieś tam przez całe życie napływały informacje jak wielkie żniwa zbiera ta choroba. Ale tak naprawdę tylko Ci, którym się udało znają wagę tej sprawy. Niektórzy znajomi już mówią mi o poszukiwaniu pracy, zasypują mnie problemami szarej rzeczywistości, ale po co to? Przecież ja wiem o tym, jestem tego świadoma. Czy możemy choć przez chwilę tylko się cieszyć i nie martwić? Czy już nie za dużo było zmartwień w moim życiu? Niestety, w takich chwilach widzę różnicę, co ja uważam za ważne, a co ludzie, którzy od lat żyją swoim tokiem i nie wydarzyło się w ich życiu nic, co spowodowało, że trzeba swój świat budować od nowa. To nie jest wyrzut z mojej strony, po prostu nie wiedzą jak to jest, nie znają takich problemów. Choć często staramy się być przy kimś, to dopóki sami tego nie przeżyjemy - nie będziemy wiedzieli jak to jest.

Od znajomej pary dostałam fajowy magnes, który widnieje powyżej i który zdobi już moją lodówkę ;) Do tego kartka z fantastycznym tekstem, iż jestem silniejsza niż Pudzian, weselsza niż Karol Strasburger, zaradniejsza niż MacGyver, twardsza niż Bruce Willis w Szklanej pułapce i bystrzejsza niż górski potok! :D

Piękne gesty, cudowny wieczór świętowania, wspaniała wiara ludzi we mnie.

12:27, belinda85
Link Komentarze (1) »
wtorek, 31 sierpnia 2010
Kostka do gry

Szok....szok....szok.....

Rzuciłam kostką i wylosowałam szóstkę :)

Dr W.: (po 5 pełnych napięcia godzinach oczekiwania w poradni hematologicznej w klinice) Pani A., kończy Pani dzisiaj leczenie. Gen PML RAR alfa jest ujemny. Niech Pani już więcej nie bierze tego świństwa. Badania biochemiczne wskazują, że wszystkie narządy pracują dobrze i nie zostały uszkodzone w trakcie chemioterapii. Niech się Pani zapisze w jakiejś innej poradni hematologicznej i odwiedzi ją za pół roku. Nie musi tu Pani już wracać, ani badać krwi.

To jest naprawdę, ale tak naprawdę PRAWDA?

Jutro wstanę i po śniadaniu nie będę musiała wziąć merkaptopuryny? Ani raz w tygodniu methotreksatu od którego palił mnie żołądek? Nie będę się więcej truła? Nie zobaczę kliniki, tamtejszych sióstr, lekarzy? Nie będe musiała co trzy tygodnie badać krwi?

Czy lekarz mi dzisiaj powiedział, że właśnie wygrałam walkę z rakiem???

To znaczy, że można??

Kochani, za wszystko, za każdy dzień, za każde słowo- wiecie jak bardzo Wam DZIĘKUJĘ. Nie ma słów by opisać jak bardzo mi pomogliście w chwilach zwątpienia.

Na razie jestem zbyt wzruszona, za bardzo zdezorientowana, by móc napisać coś więcej. Czas na pozbycie się myśli, że żyję z łatką białaczki. Ona zostanie w psychice, może czasem zblednie, ale niestety wywarła nieodwracalne ślady. Natomiast ciało...mam nadzieję opuściła na zawsze!

Teraz, powolutku, do przodu, każdego dnia oswajając się z nową sytuacją, ucząc się jak żyć.

Boże...dziękuję Ci, że pozwoliłeś mi jeszcze trochę tutaj zostać.

23:11, belinda85
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Pod ścianą

Jutrzejszy dzień....dzień jak co dzień, prawda?

Ludzie wstaną rano, podążą do pracy, na zakupy.

Ostatni dzień wakacji.

Ja jutro w końcu otrzymam decyzję.

Decyzję, na którą czekam tak koszmarnie długo.

Jestem już zdrowa i kończę chemię w tabletkach?

Czy powracam i wtapiam się w tłum ludzi zdrowych?

Czy wiecie jaki to strach? Jak bardzo z przerażenia bije moje serce? Jak bardzo bym chciała, aby tym razem marzenia się spełniły?

Znowu czuję się tak jak trzy lata temu, kiedy czekałam na diagnozę.

Teraz szanse są zdecydowanie większe, prawda?

Jedno jest pewne - nie zapomnę nigdy.

Boję się.

22:17, belinda85
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 sierpnia 2010
Kolekcjonerka chwil

Chwile...tak ulotne....

Czasem tak piękne, że chciałoby się je zatrzymać na wieczność.

A czasem tak okropne, że trwając parę sekund, zadają nam rany na całe lata.

Te, które były najcudowniejsze, chciałabym zatrzymać w kryształowej kuli, by patrząc na nie, móc przeżywać je od nowa.

Najdziwniejsze jest to, że te, które zaliczamy do pięknych też potrafią sprawiać ból, bo wiemy, że miną i.....że mogą już nie wrócić.

Nie mając kryształowej kuli...kolekcjonuję je w swojej pamięci, by w szare, płaczliwe dni móc sięgnąć do jej zakamarków i rozjaśnić niebo.

Podjęłam ostatnio trochę ryzyka, trochę prób. Czy zrobiłam dobrze? Nie chcę na razie o tym myśleć. Życie pokaże.

Są jeszcze rzeczy, które gnębią mnie okropnie, na które nie mam wpływu. Jedną z tych "rzeczy" jest czasem także moje własne postępowanie. Jakaś wewnętrzna siła chce, abym działała tak, a nie inaczej i nie potrafię jej się przeciwstawić.

Ale wiecie co? Mam to gdzieś! Chcę kolekcjonować te piękne chwile. Liczy się to, co przeżyjemy. Wolę przejść przez życie mając je w pamięci, niż żyć ostrożnie i niczego nie doświadczyć.

"I tylko taką mnie ścieżką poprowadź,
gdzie śmieją się śmiechy w ciemności
i gdzie muzyka gra, muzyka gra..."


22:51, belinda85
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 sierpnia 2010
Laurka z sercem od serca

To co widnieje po lewej stronie tej notki, to moja jedna z paru urodzinowych zaskoczek ;)

Już tak długo choruję, tak długo jestem w sporej części nieobecna dla świata i ludzi, a jednak są tacy, którzy pamiętali i za to Wam moim Kochani z serducha dziękuję! :))

Po godz. 15 zostałam wezwana na skype'a, a tam ujrzałam tą oto wspaniałą laurkę, zrobioną cieniami do powiek i szminką od Irenki i Pani Oli, które połączyły razem siły w klinice!! To co sama Wam przedstawiam, ani w połowie nie oddaje tego co miałam okazję obejrzeć :)) [jeszcze raz buziaki :) ]

Tak więc dzień był prze, przesympatyczny! Mnóstwo telefonów, smsów, prezenty, czekoladki [uściski dla I. i A. ]. Żeby nikogo nie pominąć: dziękuję Wszystkim! :)

14:06, belinda85
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 sierpnia 2010
Ćwierćwiecze

Dobrnęłam do moich 25tych urodzin! To o całe dwa lata więcej niż Żaneta...

Jeszcze trzy lata wcześniej nie wiedziałam czy będą kolejne urodziny, ale są...Jestem widać objęta pewnym Boskim ochraniaczem. Dziękuję!

W izbie przyjęć spotkałam nie kogo innego jak: Irenkę! :) Cóż za radość! Dziko rzuciłam się jej w ramiona ;)

Dla kliniki mój wiek stanął w miejscu. Po poniedziałkowej wizycie odebrałam wypis, na którym widniało: "23letnia pacjentka...." i data 02.02.10 Ciekawe ;)

Zdążyłam się spiąć z lekarzem prowadzącym. Nie był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu z racji problemów prywatnych, co odbiło się na kontaktach z innymi ludźmi.

"Uwielbiam" polską służbę zdrowia. Nawet nie wiedzieli co mają ze mną począć. Wykluczały się dla nich słowa 'diagnostyka' i 'poradnia, a nie oddział'.

Kiedy już przeszłam przez izbę przyjęć, punkt poboru krwi, laboratorium i stanęłam przed drzwiami lekarza, aby zająć swoją kolejkę [byłam za Panem w okularach, który potem je zdjął i straciłam go z pola widzenia, bo szukałam Pana w okularach, a nie bez ;)], wyszedł lekarz prowadzący i kazał mi usiąść.

Lekarz : Proszę usiąść.
Ja (zła): Dlaczego mam usiąść, skoro wolę stać?
Lekarz: Bo ja chcę, żeby Pani usiadła.
Ja (jeszcze bardziej zła): Ale ja wolę stać.
Lekarz : Ale proszę usiąść.

Skapitulowałam i usiadłam. Czy to jednak nie przesada? Dlaczego nie mogę stać, skoro jest to mój sposób na rozładowanie stresu, a siedzenie go tylko kumuluje?

Pobrano mi szpik (dwa dni nie czułam nogi), zlecono badania biochemiczne i tu uwaga, wielki finał: wyniki 31go sierpnia. Wtedy wizyta i diagnoza (być może). Następne tygodnie niepewności.

W trakcie wizyty lekarz próbował zatrzeć nasz zły początek i uważnie przyglądał się mojemu ubraniu w postaci tuniki i leginsów. A kiedy rozebrałam się do badania zauważył:

Lekarz: A to nie są rajstopy?
Ja: Nie, nie, to leginsy.
Lekarz: Ah tak, ciekawe, pierwszy raz widzę. Ładne.

;))

Po pobraniu szpiku:

Lekarz: I jak było?
Ja: Bywało gorzej.
Lekarz: Rozumiem ;)

Kiedy wyszłam z gabinetu, zapakowana w wielki plaster i dwie porządne ligniny, pociągając nogą, na korytarzu rozległ się cichy pomruk współczucia i głośne życzenia powodzenia oraz "I już po strachu, prawda?". Nikt jednak nie zrozumie chorego lepiej, jak drugi chory.

Doczłapałam się na mój dawny odcinek, aby odwiedzić Panią Olę. Kupiłam jej po drodze drożdżówkę, która dotarła do niej niestety mocno sfatygowana po poprzednich przebojach w izbie przyjęć :) Jak dobrze było zobaczyć tak bardzo życzliwą mi twarz i serdecznie uściskać tak pozytywnie do mnie nastawioną osobę. Teraz się dowiedziałam, że obie: Irenka i Pani Ola leżą na pokoju. Wczoraj dostałam smsa z serdecznymi pozdrowieniami od obu :)

Powrót autobusem. Niestety nikt nie ustąpił mi miejsca, a nie zamierzałam rozbierać się, aby pokazać ludziom, że jestem obplastrowana i udowodnić, że odczuwam ból. Nauczyłam się, że ludzie bólu nie rozumieją.

Teraz pozostało czekać do 31go. Znowu czekać...

14:44, belinda85
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 sierpnia 2010
Haust wolności

9 sierpień zbliża się nieubłaganie szybko.

Chciałabym go jeszcze oddalić, jeszcze nie teraz...Jeszcze nie chcę wiedzieć jaka zapadnie decyzja.

A jak przedłużą leczenie?

Żyję po swojemu, biorę leki, nie zastanawiam się. Mija dzień po dniu, ale gdy przyjdzie 9ty będę musiała stanąć twarzą w twarz z prawdą: koniec udręki leczenia czy może jej kontynuacja na którą już naprawdę nie mam psychicznie siły?

Uciekam stąd. Parę dni w Pradze ze znajomymi. Pociąg wyrusza o północy. Coś na kształt wolności i próby powiedzenia sobie, że wszystko jest ok, że nic się nie stanie, że wszystko będzie dobrze, że jestem szczęśliwa.

Zagłuszę uporczywe myśli intensywnymi dniami wypełnionymi zwiedzaniem, śmiechem, czeskim piwem. Uchwycę wszystkie momenty za pomocą aparatu, aby zostały mi na potem, jeśli kiedyś przyjdą cięższe dni. Będą pamiątką po beztroskich chwilach i siłą napędową, aby do nich powrócić.

W zeszłą sobotę odbyło się nasze po-białaczkowo-chłoniakowe spotkanie szpitalne. Piękne uczucie zobaczyć kogoś, kogo nie widziało się tak długo. Wiedzieć, że ma się dobrze, że przeszczep i dni łykania tabletek popijanych kisielem minęły i nastały te, których koniec można uwieńczyć piwkiem i siąść z rodziną przy kolacji. Ceną jest jednak utrata pamięci. Poważnie baliśmy się z M., że kolega Z. puszczony sam przez centrum handlowe, nie odnajdzie drogi do wyjścia :)

Pierwszy raz mogliśmy siąść przy kawie, ciastku, nie otoczeni murami szpitalnymi, opowiadając sobie różne historyjki ze swojego życia. Z. mając pierwszą dziewczynę wrócił do domu po Sylwestrze w jej szpilkach, rano zastanawiając się czemu tak bardzo bolą go nogi ;) Spojrzeliśmy na siebie z innej strony. Dotychczas znaliśmy tylko jedną - chorobową.

Ja i M. - jesteśmy tak życiowo podobni pod względem pogubienia i szukania drogi. Ja mam więcej determinacji i siły walki, aby ją znaleźć, ale pod wieloma względami udaję wmawiając ludziom, że mam się świetnie. On - walczy sam ze sobą próbując rozwiązywać problemy, ale ugina się pod wpływem przeciwności i zdaje się poddawać. Zauważyłam jak choroba uwidoczniła to, czego nie chcieliśmy widzieć przez lata. Jak nadwyrężyła cierpliwość i jak wyostrzyła pragnienie zmian. Czy poradzimy sobie? Czy możemy pomóc sobie nawzajem?

Pojadę, wrócę i pomimo tego, że będę miała zapewne za sobą parę naprawdę fajnych dni, to w niedzielę wieczorem zwinę się ze strachu w kłębek i z bijącym sercem będę wyczekiwała poniedziałku...

13:16, belinda85
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 lipca 2010
Kosmita?

Dzisiaj potwierdziło się to, co przypuszczałam od jakiegoś czasu: nie jestem taka jak wszyscy :0

Pewnie się zastanawiacie jakie miejsce jest źródłem owej sensacji. Otóż, przychodnia! :)

Poczłapałam tam dzisiaj zrezygnowana, kiedy mikstury z mleka, miodu, masła i czosnku oraz syrop z cebuli okazały się zbyt słabe, abym mogła w pełni cieszyć się zdrowiem.

Nie powiem, że lekarka była jakoś specjalnie zdziwiona widząc mnie. Ma okazję oglądać  moją osobę przynajmniej raz na dwa tygodnie :) Uprzedziłam, że tym razem nie sprawdzamy moich wyników krwi, tylko badamy jak mają się moje płuca i czy przeziębienie za bardzo sobie nie pofolgowało. Dostałam rozkaz nie znoszący sprzeciwu: proszę się rozebrać. Zawsze w badaniu mam kłopot kiedy mam przestać kaszleć, a tylko głęboko oddychać. Zazwyczaj robię to na odwrót :)

Kurcze, dostałam parę niewygodnych pytań:

Lekarka: Gdzie to Pani się przeziębiła?
Ja: Oj, nie wiem, naprawdę. (Dobra ściema nie jest zła. Nie mogłam przecież powiedzieć, że z pewnością doprawiłam się na grillu albo po którymś z wyjść z basenu)

Lekarka: A jakie plecy Pani ma opalone, gdzie to Pani się tak opaliła??
Ja: (biorąc pod uwagę, że mi nie wolno się opalać - nie mogłam przecież powiedzieć, że baraszkowałam w wodzie na otwartym basenie w 35stopniowym upale bez czapki i tak spaliłam sobie plecy. W zamian za to Lekarka usłyszała): Oh, udręka, zasnęłam na słońcu.

:]

Lekarka zasiadła do biurka i wtedy wyszła na jaw ta brutalna prawda...

Lekarka: Przepiszę Pani antybiotyk, biorąc pod uwagę, że nie jest Pani taka jak wszyscy normalni ludzie....

Kosmita? Mutant? :)

Wyszłam z gabinetu z recepeptą na antybiotyk i pomyślałam, że kiedyś za wszystkie moje kłamstwa będę się smażyć w piekle :) I nie ważne, że chodziło o możliwość zwalczania infekcji. Życie byłoby takie mdłe, gdybyśby go nie doprawiali ;)

16:59, belinda85
Link Komentarze (2) »
środa, 28 lipca 2010
Nagły atak wirusa

Nie cierpię swojej białaczkowej odporności !!

Fakt, sprawowała się przez jakiś czas zadziwiająco dobrze, ale instynktownie czułam, że taki stan nie potrwa długo. Niestety.

Był grill, którego koleżanka rozpalała w pocie czoła z wynikiem takim, że owszem, rozpalił się, ale ona sama wyglądała jak kominiarz ;) Na przyszły tydzien były plany treningów na basenie, które już zaczynały przynosić zadowalające efekty. I co? I guzik.

Gorączka, piekący ból gardła, kaszel, który odebrał apetyt na jedzenie i zamiast dobrze się odżywiać jem jak wróbel, a jedyne na co mam smak to słodycze. Taak, mogę być z siebie dumna ;)

Znowu mam zbyt dużo czasu na rozmyślanie i analizowanie, co kończy się dla mnie zawsze jakimś kilkudniowym dołkiem bądź dołem :)

Wynajduję sobie przeróżne zajęcia, ale niestety - mieszkanie w bloku sprawia, że mam ograniczone pole manewru co do moich fantazji :) Tymczasem stanęło na książce opowiadającej historię chińskiej księżniczki, która została japońskim szpiegiem oraz na pomalowaniu paznokci na mój ulubiony malinowy kolor :) Co jakiś czas łapię też komórkę i dzwonię do (jak to mawiają w kabaretach) psiapsióły, aby pomarudzić jak to obecna sytuacja bardzo niekorzystnie wpływa na moje samopoczucie. Kiedy już wysłucha moich stęków i jęków, czuję się zdecydowanie lepiej. Ależ te kobiety są dziwnie zbudowane, one po prostu muszą gadać i wyrzucać z siebie emocje :)

Mówiłam wam, że mam nową koleżankę? Ma bardzo nietypowe imię i poznałam ją na basenie. Jest moim sprzymierzeńcem w walce z zimowym tłuszczykiem ;) Również ma tymczasową grupę inwalidzką: ja z powodu białaczki, ona z powodu tarczycy i wady wymowy.

Przysłuchuję się jej życiu i znowu budzi to we mnie bunt. Kolejny przykład na to jak ludzie potrafią oceniać tylko po wyglądzie, nie patrząc na wnętrze. Faceci, po spotkaniach na żywo, od razu zbierają zabawki, bo czego innego oczekiwali, prawda? Nawet nie przychodzi im na myśl, że mogliby pokochać za wnętrze.

Znaleźli się, jeden Bond z drugim. Zapewne niektórzy nie zdają sobie sprawy, że każde piękno się kiedyś kończy i bez ulepszaczy, botoksu, nie da się nikogo zakonserwować. Każda piękność będzie w końcu tylko zwykłą staruszką. Po fali zauroczenia wyglądem zewnętrznym mogą przyjść puste dni, bo się okaże, że nic was z tą osobą nie łaczy. Żaden przepływ myśli i przyjaźń. Podróbka miłości nie mająca solidnych podstaw. Tego chcecie, panowie?

15:34, belinda85
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 lipca 2010
Puste krzesło

Jutro miną 2 lata od kiedy nas opuściłaś.

Powiedz mi Boże co decyduje o tym, że jednych z nas zostawiasz na ziemskim padole, a innych wzywasz do Siebie? Takich młodych, jak ja...

Czasem czuję wyrzuty sumienia. Wiem jak bardzo chciałaś żyć, jak bardzo kochałaś i jakie miałaś plany. Nie żyjesz, ja żyję, ale wiesz, że czasem nie wiem co mam z tym życiem zrobić?

Ty byś pewnie wiedziała. Ślub z ukochanym, mieszkanie, może jakaś adopcja, własny interes. Ja jestem taka pogubiona. Nie mam tej jedynej bliskiej osoby, która by chciała iść razem ze mną przez życie. Ciągle jestem jak statek rzucany przez burze.

Pamiętasz jak wieczorami rozmawiałyśmy w klinice o tym co będziemy robić jak wyzdrowiejemy? Kiedy o tym myślę: przeszywa mnie dreszcz. Może dlatego nie chcę nigdy rozmawiać o przyszłości. Każdy z nas może jej po prostu nie dotrwać.

W klinice płakałam tylko dwa razy. Raz, kiedy dowiedziałam się o diagnozie, drugi, kiedy wywieźli Ciebie nad ranem i wiedziałam, że nie żyjesz. Nie umiałam poradzić sobie z tym uczuciem, było tak straszne....Tajemnica skrywana na oddziale przed pacjentami, nie można przecież wywołać paniki....ale ja wiedziałam i ta świadomość mnie dobijała.

Kłóciłyśmy się, miałyśmy odmienne widzenie świata, dostawałyśmy szału kiedy pobyt na oddziale się przedłużał, kiedy wyniki były złe, kiedy się bałyśmy, ale były też pozytywne momenty. Pamiętasz klopsa? :) - Pewnego razu leżałyśmy z Panią po autoprzeszczepie, kiedy przyniesiono obiad. Wstrętnego, rybnego klopsa. Ty od razu powiedziałaś, że nie jesz. Ja po namowach spróbowałam. Istne katusze. Patrzę w talerz Pani Namawiającej mnie do jedzenia, a ona nie je! I jeszcze kwituje to słowami: "a nie będę jadła tego świństwa:)". No pięknie! Klops prześladował mnie cały dzień. Wieczorem prawie zapomniałam, kiedy z nudów włączyłyśmy dobranockę, a w niej jakiś plastusiowy stworek powiedział: "No to klops!" Padłyśmy ze śmiechu :) Tak bardzo bym chciała, żebyś mogła śmiać się teraz razem ze mną....

Wczoraj byłam na grillu z przyjaciółmi. Staram się żyć, zapominać, ale jakaś część mnie odeszła razem z Tobą. W klinice zmiany, też byłabyś zdziwiona. Zydze udał się przeszczep, będę miała możliwość zobaczenia się z nim za tydzień. Z Anią nie utrzymujemy kontaktu. Nie każdy o to dba. Ty dbałaś, to ja wtedy zaniedbywałam. Teraz wiem jak to jest, bo natrafiłam na osobę tak samo oporną. Przepraszam, czasem potrzebowałam być sama, wybaczysz?

Niedaleko mojego kościoła jest figurka Matki Bożej. Zapalę tam dla Ciebie znicz. Ale nawet to nie pomoże mi zrzucić ciężaru z serca jaki noszę od dwóch lat. Czemu odeszłaś Żanetko tak młodo, w wieku 23 lat? Czemu mnie opuściłaś? Miałyśmy iść przez chorobę razem, pamiętasz? Tęsknię...Spoczywaj w Pokoju. Amen.

13:10, belinda85
Link Komentarze (3) »
środa, 14 lipca 2010
Chopcy zdecydujta się ;)

Podczas jednej z ostatnich rozmów telefonicznych z Z. wpadliśmy na pomysł, że całkiem nieźle byłoby zorganizować jakieś wspólne spotkanko "ziomali ze szpitala":) Bądź co bądź ja Z. nie widziałam już jakieś 1,5 roku, kiedy pożegnałam go na korytarzu naszego oddziału przed jego przeszczepem. Chętnie zobaczę jak rozwinęła się jego przyjaźń z lodówką, którą swojego czasu deklarował :D [Swoją drogą wiecie jak to się nazywa u mężczyzn?-Ciąża konsumpcyjna;)] Oczywiście żartuję, bo w jego przypadku liczy się zdrowie, a nie figura Cristiano Ronaldo i sprawia mi radość widzenie go w bardziej zaokrąglonym stanie, bo wystające kości nie wróżą u nas nic dobrego.

Organizacja tego spotkania przypadła oczywiście na moją głowę, bo "ja się tym najlepiej zajmę i wszystkich powiadomię".

Od tej rozmowy minęły już jakieś 3 tygodnie i teraz mam ochotę wszystkich powybijać i przerobić na obiad ;)

A miało być tak pięknie.....

Głównym punktem naszego spotkania miała być siostra J. Podczas jednej z ostatnich moich rozmów z nią proponowała nam pójście na pizzę. Miałyśmy też oblewać moją (wtedy przyszłą) magisterkę. Co wpłynęło na zmianę decyzji? Przestała nas lubić? Nie wiem, ale wiem jedno: jesteśmy rozczarowani. My nadal ją wspominamy i szanujemy...Nie zapomnieliśmy.

Następną chętną na spotkanie osobą był M. On przynajmniej zdecydował się z miejsca [no..musiałam go trochę popędzić - jak zazwyczaj - dwoma smsami znając jego zakręcenie i zdolności do odpisywania;)]. Mianowałam go więc moim zastępcą i nasłałam na siostrę J.;) Niestety, ponieśliśmy sromotną porażkę.

Więcej kandydatów nie znaleźliśmy, więc postanowiliśmy się spotkać sami, w trójkę. No i się zaczęło...;)

Wybrać termin spotkania dla trzech osób - pikuś! ;)

Pierwszy termin minął, bo czekaliśmy na odpowiedź siostry J. Drugi termin został ustalony i wszystkim świetnie pasował, do momentu, kiedy M. dowiedział się o wyjeździe służbowym. Trzeci termin:
Z. (dzwoni): cześć A. musisz mnie bardzo lubić skoro tak do mnie smsujesz ;) [bardzo zabawne;) Kto Kogo mianował organizatorem? ;)]
Ja: Pasuje Ci chociaż ten termin? :)
Z.: Jasne...tylko skąd ja mogę wiedzieć, co ja będę wtedy robił.
Ja: Hmm...ale Z. przecież to jest za tydzień....
Z.: Aaaaaa za tydzień! to mi się pochrzaniło, myślałem, że to o sierpień chodzi! To jadę na tydzień z żoną na wczasy, ale dam jeszcze znać.

Załamałam się :) W ten oto sposób Z. pomylił lipiec z sierpniem. Ehhhh....:) W ferworze wakacyjnego pakowania i wylegiwania się zapomniał jak na razie "dać znać".

Należy ponownie wybrać inną datę. Zaczynam wątpić czy jest to możliwe. Jestem tylko ja i dwóch facetów, zakręconych jak kolorowy, używany w dzieciństwie bączek :) Byłoby fantastycznie usiąść poza szpitalnymi murami przy czymś zimnym i poopowiadać sobie o tym i owym, prawda?

Oj chłopaki, za to pewnie was lubimy i za to też pewnie się nie poddam i postaram się ujarzmić wasz brak organizacji moją upierdliwością i własnym kobiecym zmysłem organizacji, a jak! ;)

20:00, belinda85
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 lipca 2010
Kliniczne dostałam szału

Po wpisach pełnych wakacyjnego rozluźnienia przyszedł czas na temat poważniejszy, czyli jak klinika zdołała mnie w zeszłą środę wyprowadzić z równowagi.

Muszę zaznaczyć, że wyprawa do kliniki to nie jest ot takie hop siup. To wyprawa na połowę dnia z pełnym asortymentem żywieniowym (woda+drożdżówka) i z dużym zapasem cierpliwości w sobie.

Zaczęło się całkiem miło. No może oprócz tego, że przed kasą biletową niecierpliwie przebierałam nogami, bo rodzina przede mną nie mogła się zdecydować gdzie właściwie jedzie, a mój pociąg już prawie stał na peronie. Faktem jest, że gdybym się wcześniej zwlokła z wyrka, nie miałabym takiego problemu. No, ale....:)

Gdy w końcu się udało i stałam już na peronie z biletem w dłoni, okazało się, że kolega z podstawówki jedzie w tą samą stronę. Ucieszyłam się bardzo, bo wiedziałam, że te 25 min drogi szybko mi zleci i miałam rację. Gdy dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, dostałam od niego jeszcze instrukcję jak mam iść, co bardzo się przydało, bo moja orientacja w terenie jak już kiedyś pisałam jest gorsza niż beznadziejna. Podreptałam w stronę kliniki i się zaczeło.....

Zrobiłam duży wdech (klinika przywołuje dobre i złe wspomnienia) i weszłam na jej teren. Stanęłam przed okienkiem rejestracji i spojrzałam na zegarek dla testu po ilu minutach Pani w rejestracji zorientuje się, że tam stoję i mam do niej interes.

WoW, tym razem tylko 5 min. Wypisała mi zaświadczenie, że nadal jestem pacjentką kliniki (po to właściwie tam pojechałam, znowu potrzebne na komisję w sprawie tymczasowej renty socjalnej) i zadała jedno z trudniejszych pytań w moim życiu ;):
Pani z rejestracji: Który lekarz będzie Pani podpisywał to zaświadczenie?
Ja: Eeeeee, właściwie to...nie wiem?
Pani z rejestracji (robiąc duuuże oczy): A kto Panią prowadzi?
Ja: No teraz to właściwie....nie mam prowadzącego?
Pani z rejestracji (po chwili wymownej ciszy): A wcześniej kto Panią prowadził?
Ja: Oddział, IV odcinek
Pani z rejestracji: To proszę tam podejść.

Cóż było robić? Poszłam więc. Tylko zaraz zaraz, jak tam się szło...Trzeba pojechać na 4 piętro i właściwie wtedy jest się na 6 odcinku, żeby zejść 2 piętra w dół i jest się na moim 4 ;) Łatwizna, tylko różnica kondygnacji, której opanowanie zajęło mi bagatela 3 lata ;)

Jestem już przy windzie, gdy wtem słyszę głos z rejestracji: "proszę lepiej iść schodami, windy się Pani raczej nie doczeka". Ah, no tak, zapomniałam - to szpital, tam nie musi wszystko działać ;)

35 stopni na dworze, w klinice ukrop, 4 piętra przede mną. Yhm...

Boże...gdy tam dotarłam - myślałam, że będą mnie reanimować ;) Do tego pocałowałam klamkę u drzwi lekarskich - "nikogo nie ma w doma" ;) Zadzwoniłam więc na oddział i wyszła do mnie Siostra Oddziałowa.
Siostra E.: Co Kotuś chciałaś?
Ja: Gdzie są wszyscy? :)
Siostra E.: Na wizycie Kotuś. Musisz czekać.
Czekam, czekam i zastanawiam się ile tam może być stopni - uhhh. Wychodzi moja doktor A., która niegdyś należała do moich ulubienic i pyta:
doktor A.: Co się stało Pani Agnieszko? (przed jej transformacją, której przyczyny do dzisiaj odgadnąć nie mogę, a nad którą bardzo ubolewam, było: cześć Aguś)
Ja: Potrzebuję podpisu na zaświadczeniu dla komisji.
doktor A.: A czemu ja? Ja nie mogę, już nie jest Pani u nas leczona.
Ja: To do kogo teraz mam się z tym zgłosić?
doktor A.: Do kogoś kto teraz Panią leczy.
Ja: Ale ja właściwie nie wiem kto mnie teraz leczy.
doktor A.: To proszę iść do ostatniego lekarza, z którym miała Pani styczność.

Z rezygnacji zamiast wejść 2 piętra do góry, zeszłam 2 piętra w dół i znalazłam się w sekretariacie, ale to nawet całkiem dobrze, bo miałam tam też iść ;)

Wyszłam innymi drzwiami, obkrążyłam budynek i wróciłam z powrotem do rejestracji, aby zapytać gdzie może znajdować się ten lekarz, z którym ostatnio miałam styczność. Okazuje się, że znowu na 4 piętrze, tym razem w tej kondygnacji :) Z bólem zbitego psa wdrapuję się ponownie, znajduję właściwe drzwi, pukam i przedstawiam sprawę.
doktor "brrr": Przychodzi do mnie Pani z jakimś papierkiem poza terminem wizyty i ja mam wiedzieć co Pani tam wpisać? Ja Pani w ogóle nie pamiętam. Dlaczego w ogóle ja mam to wypełniać? Niech to zrobi ktoś kto Panią leczy.
Ja: Ten, kto mnie leczy, właśnie mnie przysłał do Pani.

Kazała mi zejść z powrotem do rejestracji i czekać. Po drodze myślałam, że dla niej to może jest papierek, ale dla mnie to są pieniądze!

Zagotowało się we mnie i musiałam kupić sobie wodę z automatu. Zdarli ze mnie porządną kasę, ale było mi już wszystko jedno. 40 min później, kiedy już przykleiłam się do krzesła, zeszła i poprosiła mnie do gabinetu. Oczywiście znowu przeszłam przez jej skrupulatne zapisywanie każdego mojego słowa i opisywanie całej choroby od początku, mimo że widziałam przypiętą do kartoteki diagnozę.
doktor "brrr": A ja ostatnio dałam Pani skierowanie na oddział. Co się z nim stało?
Ja: doktor H. (mój niedawny ordynator) zamienił je na skierowanie do poradni.
I wszystko jasne, prawda? :)

Wychodząc pomyślałam, że dobrze by było skserować sobie kartotekę dla większej wiarygodności. Nie jest to jednak taka łatwa sprawa. Dostałam w rejestracji karteczkę z adresem ksera, gdzie mogę złożyć WNIOSEK o ksero dokumentacji. Złożyłam więc ten WNIOSEK parę ulic dalej i dostałam termin odbioru na (uwaga): za tydzień.

W drodze powrotnej autobusem (jechał godzinę) myślałam dlaczego to wszystko musi być tak skomplikowane, a ludzie tak nieuprzejmi?

I nawet nie było mojego ulubionego chleba z żurawiną w piekarni obok kliniki....

15:38, belinda85
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 lipca 2010
Raczek

Kurcze, spaliłam sobie [żeby ładnie powiedzieć ;)] pupę!

Tak, owszem, korzystam z piekielnie gorącej pogody i staram się wyluzować na świeżym powietrzu, ale nie musiałam od razu robić smażonego kotleta z Tej części mojego ciała :)

Lekarze byliby wniebowzięci widząc mnie w tak ślicznie czerwonym stanie :) Plecka są także jak najbardziej czerwone i mogą śmiało konkurować z......No właśnie ;)

A to wszystko tylko 3h w promieniach słonecznych i połowę tubki kremu z filtrem później :o

Aaaah, bo ja Wam nie powiedziałam :) Kochani, słuchajcie, od 3 lat pierwszy raz wybrałam się nad otwarty basen !!

Tak! Ubrałam strój kąpielowy i zanurzyłam swoje jeszcze białaczkowe (choć mam nadzieję, że już niedlugo) ciałko w wodzie :) Coś wspaniałego. Wiem, że dla wszystkich jest to normalna sprawa, ale ja marzyłam o tej chwili przez 3 lata. Nieustannie od momentu usłyszenia diagnozy. Chwila kiedy znowu mogłam popłynąć moją nieudolną żabką - bezcenna! :)

Teraz będę regularnie chodziła na basen w nadziei, że zrzucę resztę po-sterydowych pozostałości i choć trochę przybliżę się do mojej dawnej wagi.

Koniec wrażeń na dzisiaj. Teraz muszę tylko zasnąć - najlepiej w powietrzu....;)

00:14, belinda85
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 lipca 2010
Magii wpływ w pewien piątek

Dziwny piątek wydarzył się w moim życiu.

Jakiś czas temu, gdy już trochę zwalczyłam mojego skrytego krwiożercę, postanowiłam, że będę próbowała wszystkich tych rzeczy, których nie udało mi się sprobować w trakcie przedbiałaczkowego żywota.

Kiedy ktoś jest na rozstaju dróg, czasem szuka odpowiedzi w najdziwniejszych miejscach.

Takim oto sposobem umówiłam się na wizytę u wróżki.

Wszystko pięknie...tylko nie dojechałabym na umówioną godzinę!

Zrządzenie losu? Miało mnie tam nie być?

Wszystko przez moją "rewelacyjną" orientację w terenie. Ja jednak jestem uparta i pomimo tego, że zamiast w mieście X, wysiadłam z pociągu w jakimś "Pierdziszewie Małym", to nie dałam za wygraną i z pomocą koleżanki i jej samochodowego środka transportu zdążyłam.

Ciężko przewidzieć czego tak naprawdę można się spodziewać po wróżce. Jak właściwie powinna wyglądać wróżka? Powinna siedzieć w jakimś kosmicznym stroju ze stożkową czapką na głowie? ;)

Moja wróżka wyglądała na 50coś a ma 70 lat :) Wróżka po przejściach "facetowych". Wizyta u niej przypominała właściwie wizytę u mojej Pani Psycholog z wyjątkiem tego, że moja Psycholog nie rozkładała kart :)

Nie wiedziałam, że data pod którą się urodziłam jest w stanie tak bardzo wpłynąć na moją osobowość. Zgodziłam się, że jestem osobą, która za bardzo przejmuje się problemami innych ludzi i chce im pomóc kosztem własnego zdrowia. Jestem niecierpliwa, za bardzo ufam ludziom i za dużo mówię o sobie. Nad tym ostatnim zaczęłam już pracować, zanim osoba nieżyczliwa za bardzo skomplikuje moje życie. Zbytnio wierzyłam, że ludzie są do mnie życzliwie nastawieni, a tak nie jest. Po prostu nie jest. Nie wszyscy.

Wróżka opowiadała o mojej rodzinie, o moich miłościach. W większości trafiała. Z pewnością świetnie opanowała analizę ludzkiej osobowości i na tej podstawie wyciąga wnioski i wróży. Niektóre rzeczy bardzo zabolały. Czy faktycznie okażą się prawdą? Życie pokaże.

Mogę jedynie powiedzieć, że dała mi do myślenia. Dała rady, które powinnam zapamiętać. Muszę nad sobą pracować. Otwierać się na inne możliwości.

Mówiła o Bogu. Dała aforyzmy. Czy możliwe jest łączenie Boga z magią? Nikt nie jest w stanie przewidzieć naszej przyszłości. Przecież przyszłość może się zmienić. Idzie torem naszych decyzji i stawia przed nami nowe wybory, które wytyczają kolejne ścieżki. Czy to, że teraz powiedziała, że coś się nigdy nie wydarzy jest pewne, że nigdy nie wydarzy się w przyszłości?

Kolega powiedział, że zwróciłam się w złą stronę, że magia jest dziełem szatana. Według niego wróżka powiedziała mi te wszystkie złe rzeczy, abym o tym myślała i aby była to samospełniająca się przepowiednia. Dlatego trzeba mimo wszystko mieć do tego dystans. Ty Boże jedyny pewnie wiesz co mnie czeka w przyszłości, prawda? Szkoda, że nie możesz mi tego powiedzieć...

12:19, belinda85
Link Komentarze (4) »
środa, 30 czerwca 2010
Magazynier

"Dętka" chciałaby się z Wami podzielić radosną nowiną, że od dzisiaj zostałam mgr inż.! ;))

Tak, tak, to dziś był Ten dzień, w którym wytoczyłam swoje naukowe działa i poczłapałam na obronę.

Czy był stresik?

O Matulu !

To był jeden wielki, skradający się jak Mały Głód stres!

Upał piekielny, atmosfera napięcia przed-obroną jeszcze piekielniejsza.

Na szczęście kwiatki dla Promotorki nie "zdechły". Za to rozerwała się torebka z prezentem :) Moje zdolności "psujostwa" znowu dały o sobie znać :)

Komisja nastawiona do mnie bardzo przychylnie :) Obrona na 5 :)

Promotorka ściskając mi rękę podczas gratulacji powiedziała: "Nooo Pani Agnieszko udało się, udało się :)".

Huuurraaaaaaaaaaaa !!!!!

Zrobiłam to - skończyłam studia :))

Na korytarzu jeden z profesorów powiedział nam, że właśnie skończył się najpiękniejszy okres naszego życia. No ja bym z wiadomych białaczkowych powodów polemizowała, ale....nie można w życiu stać w miejscu, trzeba iść dalej. Koniec studiów to zapewne "wyskoczenie z pieluch" i przekonanie się o prawdziwym życiu. To prawdziwe trochę znam, ale będę mogła poznać z zupełnie innej strony i nie wiem czy to co zobaczę będzie mi się podobało. Na razie wakacje, a potem....zobaczymy!

Po obronie zostało trochę niewykorzystanych bezpańskich pieniędzy. Jako, że podjęłyśmy się przygotowań do obrony z koleżanką, zostały w naszych rękach. Miałyśmy za nie iść na lody. Ale kto idzie na lody po obronie?;) Ona kupiła sobie za to flaszkę, a ja solidnie napełniłam swój brzuszek piwem ;) A co! ;)

23:29, belinda85
Link Komentarze (6) »
piątek, 25 czerwca 2010
Po-studiowane

Uffff, Kochani Kochani moi, białaczkowa panienka skończyła studia !!! :)

Jeziu Jeziu jak się cieszę :)

Ciekawe czy Politechnika Śląska cieszy się tak samo ;) Pewnie z racji ogromnego grona takich jak ja - jest jej to zupełnie obojętne ;)

Teraz tylko muszę dokonać ostatecznego zakończenia w postaci obrony pracy magisterskiej. Brrrrr.....(stresssssssss).

Sama praca [widniejąca na obrazku ;)], indeks, wyciąg z indeksu i inne dokumenty (bla, bla) - złożone, pieniądze - wpłacone. Trochę poszłam z torbami z kuli tej obrony, ale czego się nie robi dla tytułu mgr inż. prawda? :)

Ostatnie 3 lata to nieustanne balansowanie między kliniką, chemią a uczelnią, uczenie się do zaliczeń na plastrach narkotycznych i między bólami głowy. Ale dałam radę, teraz liczy się To i tylko To! Nie ważne, że ten tytuł guzik mi pewnie da i bez doświadczenia będę pracownikiem do pomiatania - najważniejsze, że przeskoczyłam samą siebie, że dopięłam celu, że nawet coś tak paskudnego jak białaczka nie złamało mnie w zdobyciu wyższego wykształcenia.

Średnia ze studiów: 4,36 - chyba nie tak źle biorąc pod uwagę kłody, które postawiło mi życie, prawda? Dzisiaj Obcokrajowiec przyczynił się do tej średniej i nareszcie dostałam wpis z seminarium. Byłam jednak przygotowana na batalię. Wcześniej poprosiłam o wsparcie w tej sprawie moją Panią Promotor i Kierowniczkę katedry. Obyło się jednak bez walki. Obcokrajowiec się poddał, miał dosyć nękania w moim wydaniu :) Znowu włączyło mi się moje słynne nie poddawanie się : na uczelni, w chorobie, w miłości. Nie potrafię odpuścić coś na czym mi ogromnie zależy: czy to na zdrowiu, czy to na tytule, czy to na mężczyźnie. Walczę do upadłego, ciekawe czy kiedyś uda mi się osiagnąć to, czego nie udało się doprowadzić do szczęśliwego końca na tą chwilę?

W najbliższych dniach zapowiadam ciszę na blogu. Następują ostre przygotowania do obrony. Komórka wyłączona, spotkania odwołane, zamykam się w domu. Nie podaję terminu (lepiej nie zapeszać )- odezwę się jak już będę po Owym wydarzeniu.

Kochani, mocno trzymajcie kciukorki, moooocnoooo! :) To dla mnie bardzo bardzo ważne i wiecie, że bez Waszego wsparcia będzie mi brakowało sił do walki. Buźka!

PS. Właśnie tata przyszedł ze sklepu, wsunął się do mojego pokoju, położył mi na łóżku chipsy i powiedział: "Masz Mała, za to, że dałaś radę:)". Dzięki Tato!

12:31, belinda85
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 czerwca 2010
Koktajlowa psuja :)

W ramach dalszego podreperowania mojego białaczkowego organizmu postanowiłam zrobić sobie dzisiaj koktajl :) Z prawdziwego zdarzenia!

Truskawki są? - są.

Kiwi jest? - jest.

Zsiadłe mleko jest? - jest.

Miód jest? - jest.

Hmm....są jeszcze suszone morele, które z racji tego, że kupiłam je po tańszej cenie są twarde jak kamień. Ale...jak zmiksuje je razem z resztą składników to ujdzie, prawda?

Ups...niestety nie uszło :)

Mój mikser ( w wieku 27 lat ) stawił zacięty opór, a ściślej rzecz biorąc: przy miksowaniu morelek wydał iihhm, brrrruuum, grrrum i "zdechł" :)

No cóż....wyciągnęłam morelki, odstawiłam mikser na miejsce jakbym go w ogóle nie używała i wypiłam koktajl :) Pyyyychaaa :)

A gdy tata spyta: "co się u licha stało z mikserem??", odpowiem: "ja nic o tym nie wiem" ;))

23:46, belinda85
Link Komentarze (3) »
niedziela, 20 czerwca 2010
Śpiew mimo wszystko

Fundacje.

Głównym celem ich działalności jest szerzenie dobra. Czy wszystkich? Nie mnie oceniać. Zbyt mało znam się na sprawie, aczkolwiek słyszałam różne podejrzane historie, które by temu przeczyły i jest to bardzo smutne. Cierpią na tym ludzie, chorzy ludzie. Jak to mawia moja znajoma, czasem jest to "handlowanie ludzką nadzieją". Po co więc zakładać fundację, jeżeli nie jest się w stanie spełnić jej głównego celu działania?

Anna Dymna, jak dobrze pamiętamy ją jako "szlifierkę" angielskiego z "Kochaj albo rzuć", jest prezesem fundacji "Mimo wszystko" od roku 2003. Mówi, że fundacja ma jej serce, duszę i twarz. Jest to myślę przykład dobrego człowieka, który stara się wiele zrobić dla osób niepełnosprawnych.

Już wcześniej, przy okazji pracy nad projektem parku rekreacyjnego dla osób chorych na uczelni, trafiłam na stronę tej fundacji. Urzekł mnie wtedy wywiad z Anną Dymną, w którym zobaczyłam trochę siebie. Nie mam jednak Jej twarzy, możliwości, obycia i siły by działać na taką skalę.

"Nie można pomagać komuś po coś. Jeden dojrzewa do tej myśli wcześniej, drugi później, trzeci pewnie zbyt późno. Oczywiście wolałabym pracować z osobami niepełnosprawnymi bez rozgłosu. Tyle że na tę działalność trzeba zdobywać pieniądze i mnie, jako osobie publicznej, przychodzi to łatwiej (…) Pomoc innym jest oczywiście moją formą spłacania długu. Również wobec kolegów z teatru, którzy, kiedy znalazłam się w dramatycznej sytuacji, bardzo mi pomogli. Bez nich na pewno bym sobie w życiu nie poradziła. Kilkakrotnie przywożono mnie w ciężkim stanie do szpitala. Kiedy załamana leżałam wśród ludzi bez rąk i nóg i widziałam w nich energię i radość życia, sama inaczej zaczęłam patrzeć na swój los.
Kiedy ktoś mnie zapyta, dlaczego to robię, to odpowiem: robię to dla siebie, bo chcę się lepiej poczuć. Moja fundacja nazywa się „Mimo Wszystko”. Pomysł na nazwę zaczerpnęłam z napisu, który znajduje się na szpitalu Matki Teresy z Kalkuty. Robię więc swoje mimo wszystko."
http://www.mimowszystko.org/index.php?dzial=14&id=10

Dzisiaj wyemitowany został Festiwal Piosenki Zaczarowanej z udziałem osób niepełnosprawnych. Wspaniałe talenty, Ona dała im szansę. Jeden z uczestników, niewidomy, opowiadał o tym jak spotkał swoją żonę, w trakcie najtrudniejszego momentu swojego życia. Więc to się dzieje naprawdę, ludzie naprawdę tak się poznają? Dają sobie szansę, szansę na wspólne życie...

A jakie jest moje mimo wszystko? Dług, który sama mam do spłacenia. Podobno jest tak, że ludzie, którzy czynią dobro nie chcą niczego w zamian. Działają w ten sposób, bo tak mówi im ich wnętrze. Jednak ja czuję, że muszę się jakoś odwdzięczyć. Tylko jak? Przecież zwykłe dziękuję np. dla siostry Joli, dla Irenki, dla Pani Wandy, dla Pani Oli, dla osób które wyciągnęły do mnie pomocną dloń to tak strasznie mało....

Nie jestem na tyle silna, żeby włączyć się w działalność pomocy osobom chorym na raka. Nie zniosłabym tego psychicznie. Mam jednak jeszcze całe życie przed sobą, aby wymyśleć jakiś sposób. Nie mogę być takim życiowym warzywem. Ktoś pomógł mnie, ja chcę pomóc komuś. Na razie przeprowadzam staruszkę przez jezdnię i pomagam wybrać czajnik w Realu. Chyba może być tak na początek?

21:47, belinda85
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 czerwca 2010
Szpikotermin

Ekhm...no więc...tak- ustalono termin. TEN termin. Termin ostatecznego badania mojego szpiku.

9 sierpnia 2010 - dzień, w którym powinnam dowiedzieć się czy mam taką przewagę nad skrytożercą, że nie muszę już dłużej brać wstrętnych tablet.

Strasznie długo ociągałam się z telefonem do kliniki. Potem zgubiłam numer i nie chciało mi się zajrzeć na stronę klinki, żeby zdobyć nowy :) Ostatecznie jednak wytłumaczyłam sobie, że przecież muszę zadzwonić, bo dojdzie do tego, że minie mój termin :)

Zadzwoniłam i odebrała sekretarka:

Sekretarka: Dzień dobry, sekretariat kliniki. (Nie zdążyłam nawet słowem odpowiedzieć, kiedy sekretarka mówiąc do sluchawki zwróciła się do koleżanki obok - Krysiu, ale nie nie, nie możesz tak zrobić, tego tam nie znajdziesz...bla bla)
Ja: (Próbując przebić się przez gadaninę) Przepraszam? Dzwonię w sprawie terminu do kliniki...
Sekretarka: (Zdała sobie sprawę, że odebrała telefon i z kimś rozmowia) Halo? ach tak, już sprawdzam. Jak nazwisko?
Ja: xxxxxx
Sekretarka: (nastąpił szmer papierów, potem cisza, "leciały" minuty a wraz z nimi moje pieniądze i wreszcie....) 9 sierpnia. Przyjmować Panią będzie doktor Ryszard W.

To akurat jest dobra wiadomość :) Po ostatniej Pani doktor, która przepisywała całą moją kartę wypisową [mimo że mówiłam jej, iż chętnie się z nią podzielę, bo posiadam ksero :)] i która nie bardzo się jednak znała na sprawie, będę miała do czynienia z lekarzem, który dojeżdża do nas z Opola i mogę o nim powiedzieć, że jest OK:) Leczył mnie na oddziale jakiś rok temu. Totalny luzak :) Praktykuje metodę pobierania szpiku z miednicy, jest ona o wiele mniej bolesna, bo posiadam w tym miejscu mniej tłuszczyku i przebicie się przez tkanki do kości nie jest takie trudne :) Liczę, że uda mi się z nim dogadać i wyłudzić kompleksowe badania na koniec leczenia :) Zresztą...jest mi to nawet winien! Swojego czasu tak znieczulił mi nogę, że nie mogłam dojść do pokoju :) Co prawda chciał mnie zanieść na rękach, ale odmówiłam ;) Teraz za to będzie świetna okazja, aby się zrewanżować ;)

Doktor luzak zwykł mi mawiać, że w nagrodę za dobry szpik dostaję moją "ulubioną" chemię :) Muszę tylko dotrzeć na czas do kliniki. Może być z tym problem, bo w weekend przed wybieram się do Czech ;)

Rysiu, Rysiu bądź dla mnie łaskawy i uwolnij mnie od toksycznych tabletek. Już czas, prawda?

PS. http://www.spskm.katowice.pl/spskm_www/oddzialy/lkh.html Nostalgia za tak dobrze znaną mi lekarską "bandą" :)

23:10, belinda85
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 czerwca 2010
Nie bój się być inny?

Muszę się zmienić.

Przyjaciele mi mówią: Aga, musisz przestać naiwnie wierzyć, że każdy będzie dla Ciebie dobry. Ludzie byli i są paskudni. Jeszcze wiele razy Ci dokopią i będziesz przez to płakać.

Mają rację. Tylko...ja nie potrafię. Na razie nie potrafię. Nie mam siły z nimi walczyć i przez to mają nade mną przewagę.

Sytuacja 1

Przykładu nie trzeba daleko szukać. Od kiedy poszłam na szkolenie do księgowości, ludzie tam pracujący mają ochotę mi wbić widły w plecy. Szczególnie zawzięta jest jedna kelnerka. Wyobrażacie sobie, że ona specjalnie dobrała się do zajęć, które ja miałam wykonywać i robi wszystko tak, że kiedy ja przychodzę nie ma już nic do roboty? W ten sposób nie mam możliwości się szkolić, co jednocześnie wiąże się z  tym, że nie dostanę tej pracy. Jak tak można? Gnoić kogoś za nic, tym bardziej, że wie o mojej sytuacji życiowej. Mi też w życiu nie jest lekko, ale nigdy nie podkładałam nikomu takich świń! Co więcej, przymila się mojej mamie, aby wybielić siebie i postawić w pozytywnym świetle. Może jestem naiwna i daję się oszukiwać ludziom wierząc, że im na mnie zależy, a tak naprawdę mają mnie gdzieś i kończy się tylko na obiecywaniu wielkich znajomości, ale....często włącza mi się czujnik, który mówi: ten człowiek chce Ciebie skrzywdzić. Jeżeli nie jestem zaślepiona, zauważam go - mnie ona nie oszuka tak jak moją mamę. No tak, co ona może wiedzieć o prawdziwym życiu....

Ludzie, czy Wam już naprawdę na niczym nie zależy? Czy część z Was nie chce mieć prawdziwych przyjaciół? Dlaczego o nic nie potraficie zadbać i wszystko olewacie? Nie boicie się, że pewnego pięknego dnia obudzicie się sami jak palec i nie będzie miał Wam kto nawet szklanki wody podać? Dlaczego teraz po świecie chodzi tylu egoistów zapatrzonych w koniec swojego nosa? Wszyscy są strasznie agresywni i nie interesuje ich wiele poza własnym najbliższym otoczeniem.

Sytuacja 2

Stoję w Macu w kolejce po loda. Kolejka rozgałęzia się na trzy kasy. Nagle poza kolejką stanęła Pani z synem. Facet za mną grzecznie zwraca Jej uwagę, że kolejka jest tutaj. W Panią jakby diabeł wstąpił. Zaczęła wrzeszczeć po nim, zjechała go od stóp do głów krzycząc jak śmie Jej zwracać uwagę. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Miałam ogromną ochotę wtrącić się do rozmowy i zaproponować Jej relanium. Powstrzymałam się jednak, bo wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Muszę jednak przyznać, że są ludzie, którzy miło mnie zaskoczyli w trakcie mojej trzyletniej batalii z białaczką. Dziwny jest ten świat....Ci, po których byśmy się tego nie spodziewali potrafią nieść pomoc, a Ci, na których polegamy i mieli być naszymi przyjaciółmi z taką łatwością nas zostawiają, nawet nie odwracając głowy za tym co było. Aby nigdy nie musieli doznać tego bólu i tego co to znaczy jak zostawia przyjaciel. Jestem pod wrażeniem serca okazanego przez Was, czytelników mojego bloga. Nawet nie wiecie jak się cieszę na Wasze maile i telefony :)

Sytuacja 3

Byłam wczoraj umówiona na dyskotekę ze znajomymi. Miałam wsiaść w konkretny tramwaj, numer 4. Obok mnie stała grupka mężczyzn, koło 40stki, z piwem. Jeden z nich wybitnie zwracał na mnie uwagę. Wiedziałam, że szykują się kłopoty. Faceci wsiedli do tramwaju, a on został. Podszedł do mnie i zaczęła się konwersacja:

Rysiek: Czy mógłbym Panią poznać?
Ja: A co chciałby Pan poznać? :)
Rysiek: Panią.
Ja: I co tym Pan chce osiągnąć?
Rysiek: Mile spędzić czas.
Ja: Yhm.
Rysiek: Moglibyśmy pójść na kawę?
Ja: Oj, chyba za duża różnica wieku.
Rysiek: A ile Pani ma lat?
Ja: 25.
Rysiek: To ja....27.
Ja: Taaaa, chyba 13 lat później ;)
Rysiek: Ale może charakter mam dobry?

Potem zaczął opowiadać mi o swoim życiu. Zrobiło mi się go żal. Był podchmielony i mówił szczerze. Zapytał się mnie co my kobiety szukamy w mężczyznach. Opowiadał, że 20 lat był żonaty, że po 2 latach trafił się syn - przypadkiem, że się starał z początku, ale żona była zimna, nie reagowała, a wszystko sprowadzało się do taniego seksu. Słuchałam go i no cóż....powiedziałam, że Ona nie miała w sobie Woli, aby go pokochać. Z góry go skreśliła i dlatego jego całe staranie poszło na marne....Zapytał się mnie wtedy skąd tyle wiem o życiu. Odpowiedziałam, że gdybym mu powiedziała, to już byśmy pewnie nie rozmawiali. Ale kazał mi spróbować, więc opowiedziałam mu o chorobie i perypetiach z nią związanych. Rozmowa przybrała inny ton. To już nie był zwykły podryw. Facet wyglądał na przejętego, wysłuchał mnie, pytał czy miałam w kimś oparcie, a na koniec wychodząc z tramwaju życzył mi wspaniałego dalszego życia. Powiedział też, że podziwia mnie, że miałam odwagę rozmawiać z podchmielonym facetem. Odpowiedziałam, że dałam mu po prostu szansę wykazania się, że staram się nie oceniać ludzi z góry. Wspomniał, że to może być jednak niebezpieczne. Oczywiście, że może, ale po ciosie, który dostałam...nie czułam w sobie, że muszę się go bać, dlatego zostałam. Tym razem nic nie zagłuszyło mojego czujnika i mu zaufałam.

Dotychczas nie bałam się być sobą, ale takie życie jest trudne i chyba na dłuższą metę...niemożliwe. Ludzie przejdą po mnie jak czołgi. Dla własnego dobra powinnam być twardsza. Może z czasem, gdy odpocznę po chorobie, będę bardziej w stanie walczyć o swoje. Na razie jestem tym bardzo zmęczona i chciałabym po prostu odpocząć.

23:50, belinda85
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Białaczkowy światek
Blog roku 2009
Blogi warte przejrzenia
Boże Narodzenie muzycznie
Czerwono mi
Dla ciekawych świata
Ku ukojeniu serc
Ocena blogów
Odżywianie
Policzmy się z rakiem
Szkolenia,praktyki,staże
Szpik
Zdrowie